Liberté, Égalité, Fraternité,

ou la Mort

— Mieszkamy w dżungli, a przecież nie jesteśmy zwierzętami, jesteśmy ludźmi, takimi samymi jak wy — mówi dwudziestokilkuletni Erytrejczyk. Od siedmiu miesięcy żyje we francuskim Calais. Co noc próbuje dostać się na pociąg do Wielkiej Brytanii. Podobnie jak setki uchodźców m.in. z Syrii, Afganistanu, Sudanu, Erytrei.

Brian Dam & Patryk Michalski

— Mieszkamy w dżungli, a przecież nie jesteśmy zwierzętami, jesteśmy ludźmi, takimi samymi jak wy — mówi dwudziestokilkuletni Erytrejczyk. Od siedmiu miesięcy żyje we francuskim Calais. Co noc próbuje dostać się na pociąg do Wielkiej Brytanii. Podobnie jak setki uchodźców m.in. z Syrii, Afganistanu, Sudanu, Erytrei.

W Calais wszyscy wiedzą, gdzie jest dżungla. Nad ranem, przed wschodem słońca, kolporter z porannymi gazetami bez problemu wskazał drogę. Kierunek potwierdziła Francuzka w piekarni z pachnącymi bagietkami. Oboje nie znali angielskiego, wystarczyło słowo klucz: the jungle. Na obrzeżach portowego miasta, z którego widać brzeg Wielkiej Brytanii, mieszkają setki uchodźców m.in. z Syrii, Afganistanu, Sudanu, Erytrei.

Jednego z nich spotkaliśmy w parku przy dworcu kolejowym. Dwudziestokilkuletni Erytrejczyk z głową schowaną w kapturze, smartfonem w ręku i słuchawkami w uszach, siedział na ławce. Wyglądał jakby pilnował śpiących obok mężczyzn. Miał przekrwione spojówki, bezradne spojrzenie, niechętnie wyciągnął rękę na przywitanie. Dosiedliśmy się, żeby porozmawiać. Wyczuwałem dystans. — Fotoreporterzy czają się na nas, robią zdjęcia bez pytania o zgodę. Dziennikarze przyjeżdżają , żeby zarabiać pieniądze, a u nas nic się nie zmienia. Codziennie ktoś pyta, gdzie jest dżungla. Niedaleko stąd. Tylko że w dżungli mieszkają zwierzęta, a ja jestem człowiekiem. Takim samym jak wy.

Nie znalazłem dobrej odpowiedzi. Wyjąłem drożdżówki, odkręciłem butelkę wody. Mogłem się podzielić tylko tym, co miałem w plecaku. Okazało się, że siedem ostatnich miesięcy życia Erytrejczyka to próbowanie szczęścia. Conocne wyczekiwanie na pociąg do Anglii i nadzieja, że jakoś uda się na niego wskoczyć, wejść do środka. Setki wypalonych papierosów, jeden posiłek dziennie. Myślenie o rodzinie, która została w kraju. Bez możliwości kontaktu.

— Tylko Bóg może nam pomóc, żaden człowiek. Jestem protestantem, a protestanci w Erytrei są prześladowani. Musimy uciekać z własnego pięknego kraju. Wasza Unia nie byłaby mi do niczego potrzebna, gdybym miał wolność. To jej najbardziej potrzebuję.

Erytrejczyk nie zgodził się na nagranie ani zdjęcie, na pożegnanie wskazał na grupę ludzi oddalających się od dworca. — Widzisz ich? Wracają do dżungli. Całą noc czekali na pociąg. Tym razem się nie udało, jutro tu wrócą.

Zaczęło wschodzić słońce, im było jaśniej, tym więcej osób pojawiało się wokół parku. Dobrze ubrani, zadbani, mężczyźni i kobiety. Grupami szli w stronę słońca. Bo dżungla jest tam, skąd wschodzi słońce.

Z dworca kolejowego do obozu idzie się kilkadziesiąt minut. Wzdłuż torów, ścieżki rowerowej i ogrodzenia z drutem kolczastym. Im bliżej dżungli tym powietrze coraz wilgotniejsze, drażniące od zapachu siarki. Wszystko przez dymiące kominy nowoczesnych fabryk przemysłu chemicznego.

Dołączyliśmy do grupy trzech mężczyzn. Dopóki nie zapytałem, czy idą w stronę dżungli, miałem wątpliwości. Ładnie ubrani, uśmiechnięci, równie dobrze mogliby pracować w sklepie za rogiem. Byli z Sudanu, w Calais dopiero od dwóch tygodni. Jeden z nich w firmowym białym t–shircie, płaszczu, dżinsach i polarowym materiale na głowie, który służy jako koc. Mówił, że to jedyne rzeczy które ma ze sobą – Mam nadzieję, że do zimy się uda. Chociaż łatwo nie jest — pokazywał rany na nadgarstkach — wszędzie są druty kolczaste. Ale to i tak nic, ten przed nami, niedawno połamał nogi, ale dalej chodzi z nami, co noc. O kulach próbuje dostać się do pociągu. Tutejsze szpitale pełne są połamanych uchodźców.

Z dworca kolejowego do obozu idzie się kilkadziesiąt minut. Wzdłuż torów, ścieżki rowerowej i ogrodzenia z drutem kolczastym. Im bliżej dżungli tym powietrze coraz wilgotniejsze, drażniące od zapachu siarki. Wszystko przez dymiące kominy nowoczesnych fabryk przemysłu chemicznego.

Dołączyliśmy do grupy trzech mężczyzn. Dopóki nie zapytałem, czy idą w stronę dżungli, miałem wątpliwości. Ładnie ubrani, uśmiechnięci, równie dobrze mogliby pracować w sklepie za rogiem. Byli z Sudanu, w Calais dopiero od dwóch tygodni. Jeden z nich w firmowym białym t-shircie, płaszczu, dżinsach i polarowym materiale na głowie, który służy jako koc. Mówił, że to jedyne rzeczy które ma ze sobą — Mam nadzieję, że do zimy się uda. Chociaż łatwo nie jest — pokazywał rany na nadgarstkach — wszędzie są druty kolczaste. Ale to i tak nic, ten przed nami, niedawno połamał nogi, ale dalej chodzi z nami, co noc. O kulach próbuje dostać się do pociągu. Tutejsze szpitale pełne są połamanych uchodźców.

fot. Patryk Michalski

Piasek, śmieci, bardzo dużo śmieci, gęste zarośla i namioty. Domy uszyte z materiałów, folii, desek i wszystkiego innego, co choć trochę izoluje. Zdarzają się masywne namioty, a nawet wiaty, najczęściej sponsorowane przez organizacje charytatywne. Do obozu przyszliśmy wcześnie rano. Było pusto. Wszyscy jeszcze spali, albo właśnie kładli się spać po kolejnej nocy polowania na pociąg. Na piasku walały się zużyte buty nie do pary: adidasy, klapki, sandały. Dziesiątki popękanych podeszw. Na jasnym piasku dobrze widać ścięte włosy. Ciemne, gęste, mocno kręcone: fil–fil, które jeden drugiemu pomaga strzyc. Przy niektórych obejściach słychać było silne strumienie porannego moczu. Z namiotów wyłaniały się poodgniatane twarze. Zaspane oczy patrzyły na nas bez większego zdziwienia. Podszedłem do jednego z mężczyzn, który wyszedł z dużego namiotu z napisem Afganistan. Mówił po angielsku, ale nie chciał rozmawiać, stwierdził, że nie ma siły. — Poczekajcie jeszcze chwilę, Zaraz zacznie się safari. Wszyscy się obudzą i pójdą po wodę.

Pokręciliśmy się jeszcze chwilę wokół namiotów. Spotkaliśmy mężczyznę, który pomagał w przygotowaniach do porannej mszy. Zacząłem odkrywać napisy na namiotach, na przykład: „Welcom to Eritrea embasy”, albo „help” napisane pod tęczą. Było też „I’m human” i „ no more war in my country” z wymalowaną przez dziecko rakietą.

Robiło się coraz głośniej. Z głośników zaczęła grać muzyka, było słychać śmiechy, „salam” albo „hello” na powitanie. Zaczynało coraz bardziej śmierdzieć, płonęły ogniska. Paliły się resztki jedzenia, topiły się plastikowe butelki i opakowania. Dym drapał w gardle.

Dzień zaczynał się od porannego obmywania i mycia zębów. W międzyczasie parzyła się kawa, kipiała woda nad rozbuchanym paleniskiem. Poranne niespieszne rozmowy, ścielenie posłań, palenie śmieci. Krzątanina przyciągała wzrok, ta normalność porankowych obrzędów. Do jednego z obejść nieśmiało zajrzałem, zostałem zauważony. Nie zdążyłem odwrócić wzroku, ze wstydu, że jestem jak wścibski sąsiad, a już usłyszałem zaproszenie do środka. Nie zdążyliśmy się jeszcze przedstawić, a już ustąpili nam miejsca wokół paleniska. Za chwilę dostawili ławkę. Sudańczycy, którzy stworzyli sobie sąsiedztwo. Rozłożyli namioty na planie koła. Pomiędzy powstała arena życia codziennego. W centralnym miejscu ognisko, na lewo rowery przykryte folią, narzędzia do pracy, po prawej krzesła i ławka. Wokół ogniska garnki, a obok na stole czyste szklanki. Nie mówili dobrze po angielsku, ale wytłumaczyli, że za chwilę przyjdzie Adam, który nam wszystko wytłumaczy. Kawa zaczynała się gotować, herbata parzyła się w garnku nad ogniem. Wybraliśmy kawę. W szklance zasypanej dużą ilością cukru. Dostaliśmy nawet łyżeczkę, żeby napar dobrze rozmieszać.

David przygotowuje dla nas kawę

Przyszedł Adam. W bluzie z kapturem, przekrwionymi oczami i wzrokiem zawadiaki. Pewny siebie, uprzejmy. Przywitał się. Nie było chwili napięcia. Od razu zaczęła się rozmowa. — Może herbaty? I zaczął pytać: o Polskę, warunki życia i pracy. W międzyczasie wszystko tłumaczył kolegom. Było ich coraz więcej. Co chwilę pojawiał się nowy, wychodził z namiotu, witał się z każdym. Żyli ze sobą jak bracia, ale Adama traktowali jak najstarszego. Tak jak życie, w sensie fizjologicznym, tętniło wokół ogniska, tak życie duchowe kręciło się wokół Adama. Jego imię nawet wszyscy wypowiadali z biblijnym namaszczeniem. Wśród nich był jeszcze jeden Adam, ale na niego wszyscy mówili Adam drugi, ten młodszy. Był też Sadam i Hassan. Wszyscy młodzi, z inteligentnym spojrzeniem i determinacją, sporo wiedzieli o Europie. Dzięki Adamowi. Zanim przyjechał na północ Francji, mieszkał w Paryżu. Świadomie wybrał Calais, bo docenia, że nikt stąd nie wygania. W stolicy było trudniej ze wszystkim: ze zdobyciem jedzenia, miejscem noclegowym.

Nawet czarnoskórzy mieszkańcy Paryża zapomnieli, jak ich rodziny trafiły do Europy. Zapomnieli o korzeniach, to już Francuzi.

"Tak jak życie, w sensie fizjologicznym, tętniło wokół ogniska, tak życie duchowe kręciło się wokół Adama"

Adam opuścił Darfur na zachodzie Sudanu, gdzie od ponad wieku trwają wojny religijne i konflikt o dostęp do wody pitnej. Zostawił tam rodziców i dziewięcioro rodzeństwa. Sam nie ma dzieci, dziwi się, gdy go o to pytam. — Samemu trudno jest żyć, więc jak zapewnić dobre życie dzieciom i żonie. Najpierw muszę zająć się sobą. Później będę pomagał braciom i siostrom. Oni zostali w Sudanie, uczą się na uniwersytecie. Niestety, na razie nie mam z nimi żadnego kontaktu.

Dla niego Europa nie kończy się na Anglii. Adam nie chodzi na dworzec, nie próbuje wedrzeć się do ciężarówek, nie skacze na pociągi. – Szukam możliwości, żeby załatwić sobie dokumenty na legalny pobyt. Pytam ludzi z różnych organizacji. Gdybym mógł, pojechałbym do Norwegii, Szwecji. Albo do Niemiec. Gdzieś, gdzie jest praca. Chociaż niemiecki jest trudny, nie wchodzi mi do głowy. Ale wiem, że są tacy, którzy za wszelką cenę będą próbowali dostać się do Anglii. Podróżowali tygodniami z Afryki do Europy. Sam płynąłem małą drewnianą rybacką łódką. Tam gdzie siedziałem, jeszcze było życie, za kawałkiem deski już śmierć. Byliśmy na granicy, kołysaliśmy się, między życiem a śmiercią.

W Calais jest bezpieczniej. — Mamy zapewniony jeden posiłek dziennie, z resztą sami sobie radzimy. Rano mamy kawę i herbatę. Tylko ta kawa… — mówił Adam jakby ze wstydem — nie jest tak dobra jak z Sudanu. Nasza jest lepsza, mocniejsza, ale nigdzie tutaj takiej nie widziałem.

Dżungla działa jak organizm. Jest podział obowiązków, ułożenie dzielnicowe, dostęp do wody, wydeptane ścieżki ułatwiające noszenie jej. Są nawet sklepy z najpotrzebniejszymi rzeczami. W nich woda, pół euro za butelkę, maszynki do golenia, szczoteczki do mycia zębów, napoje, papier toaletowy. Na wysokiej półce coca-cola, a nawet słodycze i napoje energetyczne. Wszystko za kratą, towar podaje sprzedawca. Jeden ze sklepów prowadzi Afgańczyk z farbowanymi włosami. Ma jedną i pół ręki, brakującą połowę stracił na wojnie. Komuś zaszedł za skórę, rabusie cieli mu ją na trzy razy: najpierw wszystkie palce, później w przegubie, na koniec kawałek przed łokciem. Z jedną sprawną ręką nauczył się żyć, z teczki sprawnie wyjmuje wszystkie swoje dokumenty, zdjęcia, pieczątki. Stara się o legalny pobyt. Kawałek dalej, na rogu, kolejny sklep. Są nawet świeże pomidory, cebula i czosnek. Dużo puszek z jedzeniem. W handlowej części dżungli jest nawet knajpa. Do zjedzenia chicken&chips , do wypicia herbata. Frytki wysmażone, z ręcznie krojonych ziemniaków, w dużej misce. Czasami ludzie wpadają, żeby porozmawiać, posiedzieć, jak to do baru. Jak się uda dobrze antenę ustawić, to nawet mały telewizor odbiera.

W dżungli mini państwa powstały dla porządku, by każdy mógł mieć poczucie, że jest u siebie. Kilka kroków od Afganistanu jest Sudan, który graniczy z Erytreą, tuż obok Syria. W pokoju współistnieją. Muzułmanie, chrześcijanie i ci, którzy wiarę w siłę wyższą stracili. Jest kilka meczetów z czarnej folii, z dywanem w przedsionku, w którym wszyty kompas pokazuje Mekkę. Granicę jednego z nich wyznaczają butelki napełnione piaskiem. Tuż obok Erytrejski i Etiopski Kościół Ortodoksyjny. Chyba największy budynek w całej dżungli. Za ogrodzeniem z folii, na planie krzyża, drewniana konstrukcja powleczona niebieską folią, przykryta falistą blachą. Jest przedsionek, część właściwa z ołtarzem. Wchodzi się tylko boso. Przez czyste dywany w różne wzory. Trzeba przejść przez wyhaftowanego uśmiechniętego Kubusia Puchatka i przez kwieciste wzory. Kobiety z zakrytymi głowami na prawo, na lewo mężczyźni. Po środku dwóch celebransów, przodem do krzyża. Śpiewają do mikrofonu, modlą się. Czasami lepiej od słów słychać sprzężenia, trzeszczenia w głośnikach i warkoczący transformator. Na mszę dzwoni się z niewielkiego dzwonu powieszonego na drewnianym palu. Wierni przychodzą przez cały dzień, ale szczególnie ważna jest niedzielna msza. Zaczyna się o 9:00, trudno powiedzieć, kiedy się kończy, bo ciągle dochodzą nowe osoby. Często pochylają czoła, klękają, uderzając prawie głowami o ziemię. Podobnie jak w meczecie, ale przed Chrystusem i Matką Boską. Niektórzy całują ściany, inni czekają przed wejściem, głowę opierając o konstrukcję. Jakby nie byli godni wejść do środka.

Wierni Erytrejskiego i Etiopskiego Kościoła Ortodoksyjnego przed mszą świętą

Na duszę dżungli składa się jeszcze biblioteka. W namiocie z materiału są regały z książkami, głównie po angielsku, jest tablica, a na ścianach obrazki namalowane przez dzieci. Za stołem siedzi akademicki wykładowca, gaduła, który przyjechał tłumaczyć, że w obozie konieczne jest innowacyjne myślenie. Pogłębianie zainteresowań, przepływ myśli, dzielenie się wiedzą i nauka języków obcych. Myślenie od lat rozwija, wyciąga z największych kłopotów. Trzeba więc do pobytu w obozie podejść zadaniowo. Książki w bibliotece nie obrastają kurzem. Kiedy przyszliśmy, dziewiętnastoletni chłopak z Afganistanu oddawał dwie angielskie powieści. Książki pomagają mu się zaaklimatyzować, bo do obozu przyjechał dopiero dwa tygodnie temu. Wcześniej jechał przez pół Europy, od Włoch, po Rumunię i Węgry. Marzy o uniwersytecie i lepszej przyszłości, dla siebie i całej rodziny, która została w Nangar Khel - wiosce, w której polscy żołnierze 8 lat temu, niezgodnie z rozkazem, ostrzelali cywilów. Wskutek ataku zginęło sześcioro Afgańczyków, wśród rannych były dzieci i kobiety. Polscy żołnierze w marcu tego roku zostali skazani na kary od 6 miesięcy do 2 lat w zawieszeniu.

W dżungli mieszkał nawet klaun, ale tylko na czas urlopu. Toby z Londynu na co dzień zabawia dzieci, przyjechał do Calais, by uratować uchodźców zanim utoną w śmieciach. Zabrał ze sobą setki worków, rękawiczki i specjalny chwytak. Chodził wokół namiotów, zbierał walające się odpady, plastikowe opakowania po szamponach, zniszczone ubrania, zużyte szczoteczki do zębów i porwane folie. W sumie kilkanaście kubłów dziennie, wypełnionych śmieciami po brzegi, tak ciężkich, że trudno je podnieść. Toby dzięki sprzątaniu stał się jednym z nich, nawet swój namiot wkomponował między namioty uchodźców.

Uchodźcy ładnie wychodzą na zdjęciach. Nawet jeśli nie pozują, i tak ustrzeli ich jakiś fotoreporter. Opłaca się więc jeździć do obozu dla dobrych zdjęć. Codziennie przed południem jest aż tłoczno. Niektórzy przyjeżdżają grupami, chodzą z przewodnikami. Nic tylko się ładnie uśmiechać. A zęby mają przecież ładne, bo wśród śmieci widać zużyte szczoteczki i tuby po pastach. Dramatyczne spojrzenia, łzy w oczach, śmiech w głos przy nieśmiesznych historiach o tonących łódkach. Jedzenie z brudnych garnków, obdarte buty, zapach siarki z fabryki, walające się włosy między śmieciami. Tak straszne, że aż piękne. Wielu uchodźców właśnie tak patrzy na zainteresowanie dziennikarzy. Przez miesiące opowiadania o ich sytuacji, często wyłącznie z punktu widokowego, zapracowaliśmy na taką opinię. Sępów szukających okazji.

Wszyscy ludzie rodzą się wolni i równi pod względem swej godności i swych praw. Tylko niektórzy rodzą się nieszczęśliwie. W Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka ludzie są obdarzeni rozumem i sumieniem, powinni postępować wobec innych w duchu braterstwa.W powszechnej praktyce rządzi prawo dżungli — wygrywają najsilniejsi. Wolność — wiodąca uchodźców najpierw na drewniane łódki, później na długą tułaczkę po Europie – to ich jedyna nadzieja. Równość nic nie znaczy. Pozostaje jeszcze braterstwo, które możemy zaoferować. Albo śmierć.

Pogrubione kwestie pochodzą z Powszechenj Deklaracji Praw Człowieka.